Zabierać psa ze sobą czy nie?

Przed naszym wyjazdem, jednym z głównych emocjonalnych dylematów był ten dotyczący naszego Fafola. Czy aby to dobry pomysł aby go zabrać? Śledząć różne blogi, strony itp. dotyczące podróżowania z psem nie brakowało tych oczywiście zachęcających, że się da, ale byli i przeciwnicy.

Po roztrząsaniu uczuciowym, czy jestem wyrodną „mamusią” chcąc go zostawić, czy też kompletną furiatką chcąc go zabrać podeszłam do sprawy technicznie.

Na stronach ambasad, konsulatów i wszelkich instytucji zaczęłam sprawdzać, co takiego musi mieć nasz czworonóg by móc z nami jechać.

Po pierwsze:

  1. Czip – pani weterynarz zaopatrzyła naszego syneczka jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Chorwacji
  2. Paszport – to również u weterynarza – nas razem z czipem kosztowało to o ile dobrze pamiętam 170 zł.
  3. UWAGA! Poświadczenie paszportu przez powiatowy inspektorat weterynarii – tu też jakaś urzędowa opłata – ok.20 zł – robią od ręki
  4. Badanie miareczkowania przeciwciał wścieklizny – krew pobiera weterynarz, po czym jest ona wysyłana do jedynej w Polsce placówki, która ma akredytację – Puławy – i stamtąd przychodzi wynik – w języku polskim i angielskim – koszt 165 zł (http://www.piwet.pulawy.pl/vir/USLUGI-rabies.html) – jest to dokument niezbędny do możliwości powrotu z psem na teren UE
  5. Badanie kliniczne – tuż przed wyjazdem – z wpisem do paszportu – na temat stanu zdrowia psa – u weterynarza.

Zatem zaczęłam kompletować psią wyprawkę konsultując się przede wszystkim z weterynarzem, który prowadził od początku naszego psa. I tu szok! „absolutnie nie ma mowy aby on jechał” – powiedziała mi pani…

Wróciłam do domu załamana. Może jednak jestem  nieodpowiedzialna? a jak się coś stanie? a jak zachoruje?  hmm no ale zaraz zaraz, w domu też zachorował – na babeszjozę – i nic nie dało że był w domu, pod naszą czujną opieką. Gdzie mu będzie lepiej jak nie z nami?

poza tym… widok siedzącego Fafola stale przed camperem, kiedy Rafał szykował go do podróży .. każda możliwość wskoczenia do środka i te oczy – „zabierzcie mnie ze sobą” – nie pozwoliły podjąć innej decyzji. Zaczęłam zatem szukać innego weterynarza. I tu z pomocą przyszedł Maciej Błonka! Raz dwa trzy pięć – policzone kiedy trzeba zaszczepić aby dobry wynik wyszedł, jak go zabezpieczyć przed pasożytami, prześledzona nasza trasa – i co go może ewentualnie tam spotkać! Cud miód!

Na kilka dni przed startem ostatnia konsultacja, przygotowana wyprawka (leki – koszt 1200 zł) na „w razie co” (a jeszce ryzyko że nam je zabiorą na granicach) i ogromna dawka wiary w to, że nic się nie stanie gorszego, niż to co może stać się na miejscu, bądź pod naszą nieobecność u „dziadków” 😉