Z Bombaju najkorzystniejszą, czyli najlepszą drogą ruszyliśmy prosto na Goa. Doradził nam ją taksówkarz, który pojawił się jak zjawa przed samym odjazdem i zapytał gdzie jedziemy. Tak długo klarował Marioli trasę, póki nie uznał, że zrozumiała. Po czym zniknął. Mariola intuicyjnie wytypowała miejsce, w którym po raz pierwszy mieliśmy dotrzeć do morza. Był to punkt jeszcze przed Goa – jakieś 40 km, w stanie Maharastra. Założyliśmy, że zobaczymy morze, wykąpiemy się i ruszymy szukać dobrego miejsca. Tym punktem okazała się mała rybacka wioska, Vengurla. Absolutnie nieturystyczna, nad samym morzem. Tak jak stanąłem w cieniu pobocza, tak samochód stał 2 tygodnie. Miejsce okazało się rajem na ziemi. W drugi dzień pobytu zaprzyjaźniłem się z miejscowym młodym rybakiem o imieniu Wiki, który posiadał dwa własne kutry.

Pewnego dnia popłynąłem z nim na połów. Od tego momentu byliśmy nierozłączni. W dzień odpoczywaliśmy, a wieczorem, kiedy kutry powracały do malutkiego portu szliśmy z Mariolą pomagać rodzinie Wikiego przy sprzedaży ryb na bazarze. Codziennie ok 21.00 usmiechnięty i szczęsliwy Wiki pojawiał się na naszej ulubionej skale, gdzie my czekaliśmy już z ogniskiem, a on przynosił siatkę rozmaitych ryb oraz owoców morza. Uczył nas czyszczenia i prostego smażenia w ognisku. Na koniec zawsze odprowadzaliśmy Wikiego do domu. Raz uparł się, że muszę zobaczyć jak śpi jego dom. Chodziliśmy od osoby do osoby, a on odwijał coś na kształt kokonów i moim oczom ukazywały się uśmiechnięte, pogrążone we śnie postacie. Jego chata, ułamkowe światło i nocna cisza budowały taką atmosferę, że rano długo zastanawiałem się, czy mi się to nie przyśniło. Innej nocy, odprowadzając go razem z Mariolą, nagle wyrwał się, podbiegł do ołtarzyka znajdującego się przy drodze. Był on kolorowy, a na prowizorycznym daszku wisiał dzwonek. Wiki wyjął wszystko co miał w kieszeniach, kilka papierosów bidi i jakąś drobną sumę pieniędzy, położył to na blacie ołtarzyka, zmówił krótką modlitwę i walnął w dzownek! Pociągnąłem go za rękaw, ostro mrucząc, że wszędzie śpią ludzie. Spojrzał mi w oczy i wycedził: ZOBACZYSZ. Nazajutrz na nocne spotkanie na kamień, oprócz kolacyjnego zestawu zabrałem ciatseczka, takie które kupiliśmy w sklepie. Poczęstowany Wiki zjadł dwa – obruszył się i powiedział, że to przemysłowy produkt, i on poczęstuje mnie prawdziwym ciastkiem. Tym samym zapomnieliśmy o sprawie. Spotkanie się skończyło i znowu w trójkę odprowadzaliśmy go do domu. I tak jak poprzedniego dnie, nagle zerwał się i pobiegł do ołtarzyka. Wrzeszczał hałaśliwie, modlił się i walnął w dzwoneczek. Podeszliśmy z Mariolą. Na ołtarzyku leżały domowej roboty ciastka i kiść bananów. Nie zabrał wszystkiego – poczęstował mnie i Mariolę, resztę zostawiając. Spojrzał na mnie oczami, w których lśniły łzy. Ścisnął mnie za rękę i powiedział : „ROZUMIS, RAFAŁ BRACIE, ROZUMIS”?
– to było nasze słowo hasło, kiedy jeden z nas próbował drugiemu przekazać coś bardzo ważnego. Kiedy przy śniadaniu rozmawialismy o tym co zaszło i jak to pojmować oboje z Mariolą zrozumieliśmy, że cel naszej podróży, choć nie poparty żdnym przygotowaniem, czy choćby nawet przemyśleniem wyznaczony został przez potrzeby tkwiące głęboko w duszy.

Od tego momentu mówiąc wprost zrozumieliśmy co oznacza stwierdzenie „karma powraca”. I oczywiście, że wcześniej mieliśmy do czyenienia z tym zjawiskiem i oczywiście wiele razy odczuwaliśmy ten mechanizm, ale tutaj on działa natychmiast i stale. Wystarczy pomyśleć o czymkolwiek, czego potrzebujesz a w nieodległej chwili to się pojawia – w taki, czy inny sposób. To tak jakby Indie były „żyzną glebą” dla działania takich sił. To są naprawdę niezwykłe doznania i obserwacje.
Żeby choć w małym stopniu doświadczyć rzeczy i zjawisk, które się czuje przez całe życie – a często najbardziej w dzieciństwie, a które tutaj w tym na pozór „syfiastym” kraju dostrzec można jak film w kinie 3 D – po założeniu odpowiednich okularów, myślę jednak że – trzeba odczuwać taką potrzebę, do tego przynajmniej w moim przypadku przejść kwarantannę, która uwolniła mnie z naszej europejskiej cywilizacji. Czy dałoby się to osiągnąć przylatując tu w kilkanaście godzin samolotem? Hmmm ..
Zasłyszałem taką opinię, że Indie można albo pokochać albo znienawidzieć. Mariola twierdzi, że odczuwa jednocześnie jedno i drugie, ja kocham Indie przede wszystkim za jedną rzecz: że w tak na pozór biednym kraju, rozwarstwionym społecznie, ogromnym, totalnie skrajnym, co objawia się praktycznie co kilka minut, w kraju w którym żyje 1.5 miliarda ludzi, „każde życie” ma swoje miejsce. Jedno drugiemu przynajmniej stara się nie przeszkadzać, a wręcz pozwala spokojnie żyć.

2 thoughts on “Urlop od życia i dziura w czasie”

  1. Witam Was serdecznie,
    Zdecydowanie za mało piszecie. Wesze przygody, przemyślenia stały się codzienną naszą lekturą.
    Pozdrawiamy z Tczewa
    Luca i Adaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: