W Lahore przywitał nas kolejny oficer. Tym razem kolacja na dachu najdroższej restauracji z widokiem na Badshahi Mosqu. Towarzyszył nam młody chirurg i finansista. Nie wdając się w szczególy to spotkanie udowadniało, że zapewne na całym świecie duże, posiadane pieniądze nigdy nie przysłonią do końca „słomy wystajądcej z butów”.
Zapewniono nam miejsce dla samochodu, rano po śniadaniu pożegnaliśmy oficera i ruszyliśmy do Pakistańskiego automobil klubu porozmawiać o możlwiościach zakupu u nich karnetu. Mariola uważała, że o ile udało jej się znaleźć sposoby prawne na przejechanie przez Iran i Pakistan – bez karnetu, to na Indie dotychczas nie mieliśmy żadnego patentu. Zakup karnetu wydawał się najrozsądniejszym wyjściem. Szefem automobil klubu był starszy pan. Emanował klasą. Już sama rozmowa z nim była ogromną przyjemnością. Przyjął nas z szacunkiem, wysłuchał cierpliwie i wskazał możliwości. Wiedzieliśmy już, że niemiecki ADAC nam odmówił, a w Polsce w naszym imieniu rozmawiał nasz przyjaciel mieszkający w Warszawie. Potrzebna była zgoda polskiego biura na współpracę z pakistańskim. W czasie, kiedy ważyły się losy podróży, a my resztkami sił szukaliśmy rozwiązań – niepotrzebnych nerwów dostarczył  nam Shafi. O ile Ubi nie robił problemu z faktu, że mamy zamiar poogarniać sprawy w Lahore i zajmie nam to zapewne kilka dni (karnet, certyfikat zdrowia dla psa, ewentualne przedłużenie wizy, zwiedzanie) to sam Shafi wiecznie atakowany przez żonę, która telefonicznie ponaglała go do powrotu, nie wytrzymał zmęczenia i ciśnienia żony ściągając nam na głowę policję. Tłumaczył im, że prosi o pomoc w odeskortowniu nas do granicy (po doprowadzeniu do granicy i podstemplowaniu swoich dokumentów kończyła się misja Shafiego i mógł wrócić do domu). Godzinę zajęło nam uwalnianie się od zdezorientowanego sytuacją patrolu.
Z obrażonym i nieodzywającym się Shafim kontynuowaliśmy ogarnianie potrzebnych dokumentów.

W tym czasie poznaliśmy młodego doktora weterynarii Salmana Ahmeda, który deklarował pomoc i gościnę. Ostatnim punktem tego dnia była wizyta na ogromnym kompleksie uniwersyteckim, gdzie młodzi lekarze weterynarii zdobywali wiedzę praktyczną i teoretyczną (nasza Fafa była tu badana i otrzymała odpowiedni papier). Jako że miejsce wydawało się bardzo spokojne zagadałem z ochroniarzami i zostaliśmy na noc odsyłając Shafiego do siostry, która mieszkala w Lahore.
Nakazalismy mu stawić się o 6 rano. Odchodząc mruczał coś pod nosem.

Nazajutrz rano szybko pojąłem o co mu chodziło. Zdecydowaliśmy, że prorytetm jest przedłużenie wizy. Dlatego nic mu nie wyjaśniając chcieliśmy ruszyć o 6.00 ponownie do Islamabadu – byliśmy przekonani, że tylko tam jest to możliwe. 370 km autostradą zdawało się realnym do pokonania w dwie strony w ciągu jednego dnia. Ale tuż po opuszczeniu terenu uniwerystetu zrozumiałem o czym mruczał wczoraj Shafi – na ulicach nie było kompletnie nic widać. Ciemności, mgła, pył i spaliny. W pierwszych chwilach nie sposób było określić swojego położenia na drodze. Pomalutku, pomalutku uczyłem się przemieszczać praktycznie po omacku. Niedoświetlone pojazdy wyłaniały się w ostatniej chwili. W końcu uczepiłem się autobusu i korzystając z jego doświadczenia przemierzyłem spory kawał miasta. Do bramek autostrady dotarliśmy po 8.00. Niestety były zamknięte. Okazało się, że autostradę otworzą po ustąpieniu mgły. Wiedziałem już, że nie zdążymy. Pomyślałem. To musi być jakiś znak! – tylko jaki?

Po kilku minutach w okno zapukał uśmiechnięty człowiek. Był redaktorem gazety. Zaproponował wywiad o naszej wyprawie i podczas rozmowy zwrócił Marioli uwagę, na fakt, że w Lahore również znajduje się biuro paszportowe. Pół godziny później siedzieliśmy przed obliczem odpowiedniego urzędnika. Wysłuchał nas, spochmurniał i stwierdził, że teoretycznie niemożliwym jest przedłużenie wizy tranzytowej (jak sama nazwa wskazuje służy ona jedynie do przejechania przez dany kraj).. Podejrzewam, że było po nas widać, że jesteśmy zdesperowani i wykończeni. Podniósł słuchawkę i po 10 minutach rozpromieniona Mariola ściskała zaskoczonego jak i wniebowziętego urzędnika. Przedłużono nam wiże o kolejne 15 dni. Co więcej, zarekwirowano nam paszporty na 4 dni – wystawiając glejt do poruszania się po prowincji. Ten fakt dawał ogromną przewagę. Nikt i nic nie było w stanie zmusić nas do opuszczenia Pakistanu. Ale my chciliśmy trzymać się wstępnych ustaleń wypracowanych z Ubim. Uważaliśmy go za wielkiego przyjaciela i nie zamierzaliśmy przysparzać mu jakichkolwiek kłopotów. Ustalenia mówiły, że po dotarciu do Lahore i wstępnym ogarnięciu spraw stawimy się na granicy, a dokładnie w granicznym punkcie custom office, oddamy samochód w ich pieczę – jednocześnie będziemy w nim mieszkać i parkować na terenie bazy tyle, ile będzie to konieczne. Do miasta dojeżdżając np. rikschami (15 km). A co najważniejsze uwolnilibyśmy Shafiego. A kiedy będziemy przygotowani – wjedziemy do Indii. I znowu opatrzność myślała za nas! Tak długo marudziliśmy po drodze, że wjechawszy na pierwsze punkty kontroli okazało się, że granica dziś jest już zamknięta. Zdesperowany Shafi biegał i prosił żołnierzy tłumacząc, że chcemy się dostać tylko do biura custom. Oganiali się od niego jak od namolnej muchy. Nic nie wskórał. Musieliśmy zawrócić. To co zobaczyłem – wsytarczyło. Nabrałem przekonania, że dłuższy postój w tym miejscu – będzie udręką. W głowie układałem już list do Ubiego.

Wróciliśmy na spokojny teren uniwersytetu, odesłaliśmy Shafiego do siostry, wysłaliśmy mailowo list – ukazując postępki naszego towarzysza podróży i wspominając sytuację na granicy. Zasugerowaliśmy, że ogarniemy sobie bezpieczne miejsce u poznanego doktora. Wykończeni położyliśmy się spać.
Po godzinie ochrona uniwerystetu kulturalnie lecz stanowczo poprosiła o opuszczenie terenu. Wylądowaliśmy na ulicy. Niepokoić doktora o tej porze – odpadało. Pojechaliśmy pod pierwszy posterunek policji – ale oni nie byli zainteresowani okazaniem pomocy. Wskazali parking pod dworcem. Tam jakiś oficer nie wyraził zgody.. Co było robić? Wróciliśmy pod uniwersytet i stanęliśmy w bocznej uliczce pod murami. Wypoziomowaliśmy auto na cegłach spod płotu, pozapychaliśmy uszy watą i poszliśmy spać (hałas na ulicach jest nie do opisania – oczywiście non stop klaksony). Niezły paradoks – jednego dnia wszyscy chcę Cię ochraniać, tłumacząc, że takie przepisy – a kolejnego ty prosiszo pomoc i wskazanie bezpiecznego miejsca – i nikt nie reaguje.

Rano kiedy wyjrzałem przez szybę przywitały mnie roześmiane, zaciekawione twarze. Przed nami, za nami i cały bok obstawiony był rikschami (nocowaliśmy na dziennej bazie riksiarzy). Poklepywali mnie z uznaniem za sposób postawienia samochodu i wskazali ukryty w ścianie kran z wodą. Kiedy po godzinie odnalazł nas Shafi – osłupiały zastanym obrazem – nie mógł pojąć co my tu robimy.

A na mailu czekała już informacja. „O nic się nie martwcie. Jedźcie prosto do głównego biura Custom w centrum miasta – tam moja koleżanka wam pomoże”.

To była kolejna fantastyczna wizyta. Najpierw poproszono Mariolę. Kiedy i ja mniej więcej po pół godzinie dotarłem do obszernego, eleganckiego gabinetu moim oczom ukazał się widok dwóch pań siedzących naprzeciwko siebie. Przy ogromnym biurku, popijając herbatę swobodnie rozmawiały (mam na myśli Mariolę i panią oficer). Ukłoniłem się z szcunkiem – Pani oficer miała inteligentne rysy twarzy i mądre oczy. Natychmiast wezwała Shafiego i ostro go skarciła. Następnie zajęła się znalezieniem rozsądnej, bezpiecznej możliwości naszego pozostania w Pakistanie – do czasu załatwienia przez nas niezbędnych dokumentów do dalszej podróży. W tym samym czasie i tym samym gabinecie otrzymaliśmy kolejną odmowę od ADAC i automobil klubu polskiego.

I wtedy gasnąca iskra nadziei wskazała internetowe powiązania w znajomościach, doprowadzając nas po dwóch, nieumawianych wcześniej połączeniach whats app do bezpośredniej rozmowy z prezesem polskiego klubu. Po 15 minutach obie panie rozemocjonowane odbytymi rozmowami przekazały sobie dobre wiadomości. W trybie wyjątkowym wstępna zgoda na zakup karnetu – a z drugiej strony swobodny pobyt w Pakistanie z przyznaną dwuosobową ochroną na wezwanie telefoniczne w momencie, kiedy uznamy takową za konieczność. O Shafiego nie mamy się martwić – będzie czekał u siostry tak długo, jak będzie to konieczne. Wszystko to z groźnym wyrazem twarzy pani oficer wyklarowała Shafiemu. Wyruszyliśmy do domu doktora. Chciałem naszego „łobuza” wysadzić po drodze, ale on upierał się, że nie ma problemu – odwiezie nas na miejsce. Kiedy ustawiliśmy już auto w wąskiej uliczce i skończyły się wstępne powitania – stało się jasne, że złośliwiec znowu dopiął swego. Koło samochodu kręciła się już ochrona – ściągnął ją bez konsultacji z nami.

Do domu doktora ściągali co oraz to nowi członkowie rodziny z misją powitania podróżników. Na ulicy zebrało się pół osiedla zwabionego nowymi przybyszami – dodatkowo w towarzystwie ochrony. Młody doktor biegał między nami, rodziną a ochroną, której organizował prowizoryczny noclego w samochodzie. Nie mogłem znieść myśli, że raz ściągnięta nie pozwoli się już odwołać. Zadawałem sobie pytanie: Jak ja będę funkcjonował z całodobowym ogonem. Dopiero po 12 udało nam się uwolnić od rozanielonych gospodarzy i schować w naszym małym domku. Rano mielismy się stawić na umówione, drugie spotkanie w automobil klubie.

Każda maszyna ma swoją wytrzymałość. Intensywność ostatnich dni w końcu dała o sobie znać. Organizmy nie pozwalały już się oszukiwać. Rano byliśmy tak wykończeni i rozstrojeni, że nie potrafiliśmy na czas ściągnąć rikschy. Trzęsły mi się ręce. Doktor był w pracy. Pozostawało nam znowu ruszyć samochodem. Dojechałem – ale po drodze prawie rozjechałem własną ochronę poruszającą się na motorze.
Odbyliśmy spotkanie. Wszystko było jeszcze niepewne ale dawało dużą nadzieję. Nigdzie już nie pojechaliśmy. Tak jak samochód stał na poboczu tak się w nim zamknęliśmy. Dwa bite dni prawie nie opuszczaliśmy naszego gniazdka (spacery z psem i kolacja sylwestrowa). Kiedy najgorszy kryzys minął i zaczeliśmy kręcić się wokół samochodu rozpoczynając pierwsze porządki – pozytywnie zaskoczony stwierdziłem, że ochrona z ogromną sympatią, życzliwością i zrozumieniem obserwuje nasz powrót do życia.

Bardzo się tym razem pomyliłem. Ich obecność nie była absolutnie uciążliwa. Ci prości, mili i zawsze uśmiechnięci ludzie potrafili zachować dystans a w najtrudniejszym a zarazem bardzo potrzebnym dla nas czasie stworzyć izolację od wszystkich i wszystkiego (4 stałe osoby zmieniające się po 2 zawsze co 12 godzin).

Zarządziłem wypłatę pieniędzy (to nie była prosta sprawa – tylko jedna znana nam sieć bankomatów współpracowała z naszymi kartami). Z tą misją, na motorze, z jednym z naszych security wybrała się Mariola (jeden nigdy nie tracił samochodu z pola widzenia – co było dla nas bardzo komfortowe bo przez kilka dni nie musieliśmy się troszczyć o to, gdzie pozostawiamy samochód). Miała fajną kilkugodzinna wycieczkę – zabrał ją do swojego domu, przedstawił żonie i dzieciom. Następnie było mycie samochodu (nie dało się już na niego patrzeć) i tradycyjne tankowanie gazu, gdzie tym razem trzeba było dotoczyć odpowiednią końcówkę. W obecności kilkudziesięciu gapiów nastąpiło tankowanie. Symbol połączenia myśli technicznej – pakistańsko-polskiej.
Jacy dumni byli właściciele tego skromnego, ulicznego punktu – w końcu tankował u nich „Gora”.
Niełatwo było tam cofnąć (wszędzie zwisające kable).

W tym samym czasie na jednej z bardziej zatłoczonych ulic znowu dała znać o sobie usterka (czerwona strzała nie zapaliła tarasując ruch). Ale teraz byłem już przygotowany. Dziękując w duchu Shafiemu za ochronę wspólnie zepchnęliśmy auto z drogi, zostawiliśmy oczywiście jednego ochroniarza i popędziliśmy rikschą odebrać gotowe paszporty. Natychmiast wysłaliśmy hasło do inżyniera Jakuba – „mayday mayday”. Wieczorem pomoc zadeklarowało kolejnych dwóch zaprawionych w temacie motoryzacyjnym zaprzyjaźnionych rodaków. Tak jak podejrzewałem od pierwszej chwili w Islamabadzie zwariował immobilizer. Właściciel warsztatu był w błędzie. Po wykluczeniu wszystkich innych możliwości (sprawdzenie instalacji) zapadła decyzja o ominięciu immobilizera (mówiąc wprost – kradzieży własnego samochodu). Na miejsce zabiegu wybraliśmy uliczkę pod domem doktora. Ku ogromnej radości ochrony – mieli tam jak u Pana Boga za piecem. Doktor czekał z niecierpliwością.

Istniał tylko mały problem: kiedy powróciliśmy z paszportami, auto normalnie zapaliło i zjechałem bez problemu na nasze dotychczasowe miejsce postoju. Tutaj też przemierzyłem miernikiem całą instalację ustalając definitywnie przyczynę. Teraz jednak immobilizer się totalnie zblokował i o kolejnym, a zarazem ostatnim potrzebnym odpaleniu nie było mowy. Najprostszym i bezpiecznym rozwiązaniem pozostawało porozmawiać z „czerwoną strzałą”. Usiadłem więc za kierownicą i najspokojniej i najczulej jak umiałem tłumaczyłem „mojemu przyjacielowi”, że się nie gniewam, że to nie on się popsuł tylko elektronika, której zresztą oboje tak bardzo nie nawidzimy i będzie mi przykro i trochę wstyd, że znowu trzeba będzie użyć linki…. A przecież jestem taki dumny z naszych dokonań i cały czas uważam, że mnie nie zawiódł. Mariola przy kuchence z nieukrywaną ciekawością przyglądała się wyznaniom. Tym bardziej, że kazałem ochronie szykować się do zmiany miejsca. Włożyłem kluczyki do stacyjki i jak gdyby nigdy nic po prostu pojechaliśmy. Zabieg się powiódł, pacjent natychmiast po operacji odpalił ale z kolei popsuł się drugi chirurg – czyli ja. Pierwszym chirurgiem, ku zaskoczeniu wszystkich była Mariola. Mi natomiast wysiadł najprawdopodobniej żołądek – wrażenie jakbym przypalił jedzeniem wrzody. A poważnie albo się czymś podtrułem, bo lubiłem i lubię smakować wszystko na ulicach albo zaszkodziła mi mieszanka nerwów i „spicy” (gdziekolwiek bym czegoś nie próbował wszystko jest piekielnie pikantne).

2 thoughts on “Lahore”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: