Kolejny dzień, a dokładnie kilka godzin było najtrudniejszymi chwilami z całej dotychczasowej podróży. Od Islamabadu do Lahore (ostatnie miasto 15 km przed granicą indyjską) prowadziła nowoczesna autostrada. Zatrzymaliśmy się na stacji i po zatankowaniu samochód już nie zapalił. Dzień był pochmurny, a ja czułem się słabo. Nie potrafiłem uruchomić żadnych swoich zdolności. Dodatkowo przybijała mnie obawa o najgorszy scenariusz awarii, który dodatkowo mogłem niechcący spotęgować niefortunną próbą uruchamiania. W sumie sam nic nie zrobiłem. Powiadomiony o zajściu oficer z Islamabadu przyjechał po nas terenówką i odholował do całkiem przyzwoitego jak na warunki pakistańskie warsztatu. Po przedstawieniu mechanikom moich spostrzeżeń i przypuszczeń, dwóch młodych jak na moje oko inteligentnych chłopaków zabrało się do szukania.

Po godzinie usłyszałem krzyki Marioli. Uruchomili silnik. Cały warsztat wiwatował. Cieszyli się, że „Gora” (biały człowiek) pojedzie dalej. Naprawdę miałem łzy w oczach. Kiedy usłyszałem pracę silnika kamień spadł mi z serca. Pokochałem ten samochód – ma naprawdę dobry motor, przeszliśmy razem ciężkie ale i fantastyczne chwile. Ścigaliśmy się nie raz z pakistańskimi autobusami i żaden nie dał nam rady – co tutaj uznawane jest za nielada wyczyn. Za przyczynę awarii szef warsztatu podał słabej jakości pakistańskie paliwo – w głowie migała mi lampka, że to nie jest prawdziwa przyczyna. Już niedługo miałem się przekonać, że miałem rację. Ale nie to w tej chwili było najważniejsze. Mogliśmy jechać. I tylko to się liczyło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: