Nazajutrz a właściwie tego samego dnia z przyczyn oczywistych – wyjazd przeciągał się. Żegnał nas najbliższy nam personel biura a ja pobiegłem szybko uściskać herbaciarza i jego pomocnika (w piwnicy biura była mała kantyna, w której wiecznie roześmiany herbaciarz z pomocnikiem cały dzień przygotowywali herbatę – to był prawdziwe misterium. Szczególnie przygotowywanie mojej ulubionej – mlecznej herbaty. Takie kantyny widywałem często a na każdej ulicy są odpowiednie „stragany”).
Wyruszyliśmy około 12. Po trzech godzinach dopadła nas pierwsza eskorta. Byłem wściekły. Do dzisiaj nie wiem na ile to była „robota” Shafiego, dbającego nadgorliwie o nasze bezpieczeństwo, a na ile względy bezpieczeństwa narzucane obcokrajowcom w regionach, które przemierzaliśmy ( już po opuszczeniu Pakistanu dowiedzieliśmy się, że niektórzy podróżnicy eskorotwani byli przez całą trasę).
Z czasem opanowałem patent, który przeważnie się sprawdzał. Przy nadarzającej się okazji uciekałem eskorcie i nie zatrzymywałem się w miejscach ich zmian – dzięki temu byliśmy w ruchu a oni co jakiś czas pojawiali się na naszym ogonie. Czasem przymuszony siłą do zatrzymania podawałem przez okno przygotowane przez Mariolę kartki z danymi a mocno wkurzonych odsyłałem do Shafiego udając, że nie wiem o co chodzi. Ale tego dnia i jak się później okazało następnego – nie eskorty miały być najgorsze. Katastrofą była droga.
170 km – totalnego bezdroża, po którym odbywał się normalny ruch pojazdów. Serce pękało mi na myśl ile żywotności zawieszenia zabiera ta bezsensowna jazda. Byłem wściekły i wykończony. Przybijała mnie świadomość, że była inna droga ale wiodła przy granicy Afganistanu – i ze względów bezpieczeństwa Ubi nakazał Shafiemu prowadzić nas tędy (piekło wybrukowane jest dobrymi uczynkami) – latający do swojego domu i rodziny samolotami – nie zdawał sobie sprawy co dzieje się na tej drodze. Nie zdawał sobie również sprawy, że eskorty i jakość dróg powodują, że sporą część trasy trzeba pokonywać po zmierzchu. A to w Pakistanie jest prawdziwym piekłem na ziemi (kurz zmieszany z oparami spalin tworzy rodzaj swoistej mgły). Wszystkie pojazdy- jeżeli posiadają w ogóle światła jadą na długich + samorobne przednie jupitery, halogeny itp.
Nie widać generalnie nic. Zły stan dróg, zwierzęta, zaprzęgi, riksze, motory, rowery, ciężarówki i Pakistańskie autobusy. Wszystko pędzi i trąbi. Słowem – niewiarygodny chaos.
Oprócz dwóch pierwszych odcinków do Quetty, gdzie zabronione było poruszanie się po zmierzchu – wszystkie pozostałe kończyły się jazdą nocną.

Do celu dotarliśmy około północy. Podlegające Ubiemu małe, regionalne biuro postawione było na nogi. Czekali na nas z kolacją, noclegiem i ciepłą wodą (ciepła woda w Pakistanie nie jest standardem). Było bardzo sympatycznie. Rano smaczne śniadanie, pożegnanie z załogą i próba zrozumienia bezsensowności dotyczącej konieczności sprowadzenia eskorty, która miałą nas doprowadzić do granicy stanu Beludżystan (którą notabene widać z biura Custom – 500 metrów).

Tak więc 30 minut czekania na eskortę, 500 metrów jazdy i cała cereomnia rozmaitych ceregieli na prowizorycznej granicy. Kolejne 30 minut + obowiązkowe zdjęcia. Wreszcie uwolnieni od eskort jedziemy. 30 km krętych serpentyn i nagle punkt kontrolny wojska pilnującego inwestycji drogowej budowanej przez Chińczyków.
Początkowo wyglądało normalnie. Rozmowy rozpoczął Shafi, potem dołączyła Mariola z paszportami. Sytuacja zaczęła się komplikować kiedy żołnierze przyłapali nas na braku NOC (no objection certificate) Po półgodzinnych przekonywaniach sytuacja się zaogniła. Zaczęto nas zmuszać do zawrócenia. Shafi blady walczył jak lew. Prosił Ubiego o pomoc. Nic nie wskurali. Wróciliśmy do biura custom. Historia jakich wiele – włącznie z nami wszyscy zapomnieli o tym kawałku kartki, który wyrabia się w pierwszej kolejności docierając do Quetty – to rutynowe działania. Zapomnieli bo skupili się na braku karnetu – ponadto do biura, którym zarządzał Ubi nie trafiają podróżnicy. Trafił się paskudny dowódca i po zabawie.

Długo rozmawialiśmy z Ubim przez telefon. Spokojnie i rzeczowo przedstawił nam sytuację – jako, że sytuacja miała miejsce w innej prowincji – sporo czasu minęłoby zanim nacisnąłby chamowatego dowódcę, który bezczelnie odrzucał bezpośrednie połączenia telefoniczne.
Brak posiadania przez nas obowiązkowego certyfikatu był faktem i sytuacja mogłaby powtórzyć się w dalszej drodze.
Tak więc najrozsądniejszym rozwiązaniem było wrócić, wyrobić w Quetcie NOC i ruszyć inną drogą.
Kończąc rozmowę oznajmił, że czeka z kolacją do naszego powrotu i żartując prosił żebym dobrze obejrzał placówkę i zdał mu relację bo on sam od objęcia stanowiska nie znalazł czasu na wizytę.

Jeżdżenie po Pakistanie to nie był problem. Tak naprawdę to ja to kocham. Jest to dla mnie wyzwanie a im trudniejsze warunki tym większa frajda, tym bardziej, że to co widać na ulicach to życie w najczystszej postaci – to tak fascynujące obrazy, że potrafiłem jechać po 20 godzin non stop i ciągle czułem niedosyt. Ale bezsensowne katowanie po bezdrożu mojego własnoręcznego dzieła to okropny ból.

Na powrocie maksymalnie ignorowałem eskorty a znienawidzony odcinek pokonałem sposobem nr 2 (sposób nr 1 – to jazda powoli, omijając lub wybierając delikatnie dziury, sposób nr 2 – to odważenie się i rozpędzenie pojazdu do takiej prędkości, że przelatuje kołami dotykając górnych nierówności i w pewnym momencie osiąga się w miarę równą trakcję). Najtrudniejszy do zniesienia jest czas rozpędzania i zwalniania. Ku jasności – nie ja to wymyśliłem, korzystam tylko z tego patentu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: