Biuro w Quecie wyglądało jak baza wojskowa – otoczona wysokimi murami, zwieńczonymi drutami kolczastymi. Stanęliśmy przed ogromną bramą. Mnóstwo ochrony. Jadący z nami przedstawiciel Custom salutował swoim zwierzchnikom. Zapadła decyzja, otworzyła się brama i zaparkowano nas na sporym placu wśród zarekwirowanych pojazdów. Po paru minutach, na piętrze urzędu stłoczeni w malutkim pokoiku toczyliśmy wstępny bój o możliwość zobaczenia tego kraju. Duże emocje, my zmęczeni po całodniowej podróży, oni po godzinach w pracy nie mogli pojąć co robimy 600 km od granicy bez karnetu 🙂 🙂 🙂
Emocje ostudził najrozsądniejszy – Hashim. Zamówiono herbatę i ciasto za które zapłacił jeden ze spieniaczy strony przeciwnej.
Po wspólnym, późnym jak na tę porę podwieczorku uzgodniliśmy, że zostawiamy sprawy do jutra. Zostajemy na bazie na noc.
Nie obyło się oczywiście bez kurtuazyjnej licznej wizyty urzędników i ochroniarzy z ciekawością oglądających pojazd. Czuliśmy sympatię i aprobatę naszego wyczynu. Osobę samego Hashima zaprosiliśmy do środka. Z szacunkiem zdjął buty, dumnie oglądał wnętrze. Bardzo polubiliśmy się od tego pierwszego dnia. Jeszcze tego samego wieczoru pożegnaliśmy naszego towarzysza z Taftan , który doprowadził nas tu, do Quetty – jego misja się skończyła – wracał na granicę. To był w porządku gość – dużo nam pomógł w tych pierwszych dniach i był uczciwym człowiekiem.

Quetta, part II.
Rano rozpoczęła się kontynuacja historii, która miała swój naturalny początek z chwilą przekroczenia granicy. Teraz miała nabrać tempa a swą intensywnością i dawką rozmaitych emocji przyćmiła wcześniejsze etapy podróży. Około 10.00 szef ochrony obiektu zapukał i oświadczył, że jesteśmy oczekiwani w biurze. Ale poprowadził nas do innego skrzydła. Przed drzwiami siedziało dwóch uzbrojonych żołnierzy a w pogotowiu czekało kilku mężczyzn w uniformach. Można byłoby powiedzieć służących – ale nie wiem czy to dobre określenie.
Wprowadzono nas do dużego, gustownie urządzonego gabinetu (w tle relaksacyjna muzyka) – przywitało nas dwóch, eleganckich mężczyzn. Jeden wysoki, postawny, ubrany w garnitur drugi – znacznie niższy, w tradycyjnym stroju i marynarce. Momentalnie pojawiła się mleczna herbata i ciasto. Po kurtuazyjnym wstępie zaczęliśmy przedstawiać nasz problem. Dobrze przygotowana Mariola wskazała możliwości prawne ich państwa co do rozwiązania naszego problemu. Wezwano urzędników i prawnika – wszyscy wchodzący kłaniali się nisko – tylko z niektórymi serdecznie się witano. Od początku tego spotkania wszystko odbywało się w dobrym tonie i z klasą.
Obsługa działała błyskawicznie – pusta filiżanka w oka mgnieniu zamieniana była na pełną – nową (ukradkiem zorientowałem się, że przy biurku oficera znajduję się guzik, po naciśnięciu momentalnie w drzwiach stał „służący”). Później wytłumaczono nam, że ich zadaniem i pracą jest stać/siedzieć pod drzwiami i natychmiast reagować na wezwanie. Guzik naciskany był średnio co 5 minut.
Oficerowie zachowywali się nienagannie. Niższy wzrostem był szefem tego urzędu i całej prowincji – na imię miał Ubi. Drugi z nich – Ibrahim- jego przyjaciel o równorzędnym stopniu – był oficerem w innym biurze.
W pewnym momencie pojawił się w gabinecie osobnik, który dnia poprzedniego mocno podpadł Marioli. Na naszych oczach spuścili mu „intelektualne manto”. Gość znacząco zmalał a ja zastanawiałem się, skąd wiedzieli.

Wrócili urzędnicy i prawnik przedstawiając Ubiemu możliwości. Dyskusja odbywała się w języku urdu więc mało można było wyłapać. Ale sama obserwacja pracy w tym biurze była ciekawym przeżyciem. W gruncie rzeczy spędziliśmy w nim cały dzień. Przyjechał przyjaciel Ubiego, profersor z uniwersytetu, i kiedy Ubi przyjmował interesantów my odpoczywaliśmy na sofach, wykorzystując każdą wolną chwilę na wspólne dyskusje. W porze lunchu otworzyły się drzwi i w kilka chwil służący zastawili stół. Stało się jasne, że wszyscy nadajemy na podobnych falach i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Po południu usłyszeliśmy rozwiązanie. Wykorzystując znalezione przez Mariolę ścieżki prawne możemy przejechać przez Pakistan – zostanie oddelegowany z biura jeden pracownik, który pojedzie z nami w samochodzie (będzie naszym karnetem). O jego nocleg nie mamy się martwić, on zawsze znajdzie sobie miejsce do spania, tym bardziej, że ze względów bezpieczeństwa nocować należy przy posterunkach policji bądź w dlegaturach custom house. A w regionach niebezpiecznych będziemy dodatkowo eskortowni przez wojsko lub policję.
Zapytany o koszty stanowczo odpowiedział, że jesteśmy jego gośćmi i za nic nie będziemy płacić. W rezultacie okazało się, że tam gdzie to było możliwe czekały na nas posiłki lub gościli nas jego przyjaciele (wszystko zorganizowane) – za resztę płacił Shafi – oddelegowany pracownik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: