Gdybym rozmawiał z moim dawnym przyjacielem – on powiedziałby wprost- przestań opowiadać swoje „kocopoły” i mów jak to wyglądało!
200 mln ludzi, ogromne rozwarstwienie społeczne, bieda, bałagan, bród, mnóstwo śmieci zalegających wszędzie, na każdym kroku ochroniarze, policja, wojsko – wszyscy z długą bronią, większość dróg słaba a ruch uliczny to jeden ogromny chaos. A jednak mnie ten kraj zauroczył! Być może dlatego, że nieoczekiwana przyjaźń dodała skrzydeł i pomalowała Pakistan kolorami ludzkiej miłości.
Opuszczając Iran 4 godziny tłukliśmy się od budki do budki próbując zatuszować 15 dniowe opóźnienie wyjazdu. Chodziło oczywiście o nieszczęsny carnete de passage – a dokładnie jego brak.
Pakistan przywitał nas spokojem. Zestresowani co może spotkać nas tu za brak karnetu odetchnęliśmy głęboką piersią! Po zamkniętym Iranie było to ciekawe doznanie ulgi. Zaraz na pierwszej bramce granicznej przydzielono nam ochroniarza, który towarzyszył nam do punktu celnego. Kilka godzin w towarzystwie pakistańskich urzędników, pierwsza herbata z mlekiem i niedowierzanie kiedy szef tego punktu ofiarował Marioli równowartość 30 $ w walucie pakistańskiej tłumacząc, że paliwo musimy kupić, a bankomatu póki co nie uświadczymy. Ustalono, że przenocować mamy na terenie bazy pod eskortą oczywiście wojska a rano wyruszymy do Quetty, gdzie znajduje się duże biuro Custom Office – odpowiednik naszego urzędu celnego.
To odpowiedni miejsce co do decyzji o naszym dalszym losie. Nie mamy się martwić – napewo wszystko będzie dobrze.

Tak więc raniutko, w 5 osób – nas 2, eskortujący nas przedstawiciel custom office, żołnierz jako przydzielona ochrona i Fafa wyruszyliśmy ku nowej przygodzie.
Ruch lewostronny i pakistańskie ciężarówki powodowały, że nie sposób było oprzeć się ekscytacji. Podróż rozłożono na dwa dni. Ciągle zmieniająca się eskorta, praktycznie co 30 km znacząco ją opóźniała. Nocleg na bazie policyjnej. Wszędzie witano nas z ogromną ciekawością. Późnym popołudniem dnia następnego zbliżyliśmy się do rogatek Quetty. Tu czekała na nas jeszcze silniejsza eskorta, która miała doprowadzić nas do odpowiedniego biura. Przy każdej ze zmian (ochrony) odbywał się ten sam rytuał: jadący z nami przedstwiciel custom witał się z nową załogą, krótka bądź dłuższa wymiana zdań, wypis dokumentów i oczywiście zdjęcia 🙂
Z początku było to nawet ciekawe. Z czasem bardzo irytujące. To było moje pierwsze spotkanie z ogromnym miastem i z tym co dzieje się na jego ulicach. Pędzący przede mną samochód eskorty torował sobie drogę sygnałami. Szybko zorientowałem się, że zgubnym może okazać się przypuszczenie, iż podczas wyprzedzania bierze pod uwagę fakt, że ja też muszę się zmieścić. Tak robiły wszystkie eskorty. Z czasem zrozumiałem, że w warunkach jakie panują na tych drogach każdy ostatecznie musi myśleć za siebie.

Przedzierając się przez gąszcz pojazdów śledziłem ruchy poprzedzającego mnie jeepa. Nagle w lewym lusterku zauważyłem wciskający się między mnie a rower motocykl. Nie potrafię sobie odpowiedzieć czy to ja wykonałem jakiś niefortunny ruch kierownicą i przestraszyłem motocyklistę, czy to on nie zachował ostrożności (później zrozumiałem, że najważniejsze są płynne ruchy, wtedy wszystkie pojazdy dookoła się dopasowują) i w każdym bądź razie zahaczył rowerzystę, zachwiał się i obaj zaczęli koziołkować między mną a betonową ścianą wiaduktu. W lusterku widziałem kotłujące się jednoślady i ludzi na nich. Spojrzałem na samochód eskorty-jeden z żołnierzy wychylał się z pędzącej terenówki – pokiwał z dezaprobatą głową i dał znak, że jedziemy dalej.
Po dotarciu do biura nikt nie skomentował incydentu tylko ja na boku samochodu odkryłem dwa nowe, podłuzne wgniecenia.
Ostatecznie przejechaliśmy po Pakistanie ok 4500 km. Nigdy później żaden pojazd nawet nas nie dotknął.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: