Dobilismy do Yazd po południu. Miasto ciekawiło mnie z dwóch powodów – jako nieliczne miało zachowaną starą część. Wskazywany w opisach powód takiego stanu rzeczy bardzo do mnie przemawiał: otóż, położone na pustyni, a dokładnie na styku dwóch pustyń omijane było przez najeźdźców z powodu odległości i trudnego terenu. Tym samym nie dokonywano zniszczeń. Drugi powód to wietrzownice na dachach budynków. A to nic innego jak historyczne klimatyzacje, tyle tylko że zasada działania oparta była na sile wiatru a nie na sile prądu 🙂 Wspaniały okaz dawnej inżynierii budowlanej.
Po ok godzinnym kluczeniu po ulicach i wstępnej próbie zrozumienia gdzie znajduje się stara a gdzie nowa część miasta nagle z chodnika pomachała nam postać wołająca „mister parking”!
Wyglądało to tak, jakby ktoś wcześniej umówiony zauważył nas na drodze – nie zastanawiając się zjechaliśmy we wskazanym kierunku. Miejsce było wymarzone – na pograniczu starego i nowego miasta, w korycie historycznej rzeki stworzone były małe, przydomowe parkingi. Cisza, spokój i kameralne otoczenie. Po jakimś czasie pojawił się ponownie tajemniczy pan i po krótkiej próbie porozumiewania się (nie znał żadnego obcego słowa) pociągnął mnie za rękaw i gdzieś prowadził. „Dogadaliśmy się” dość szybko : „tu masz klucz od mojego domu, tu jest WC, prysznic, kuchnia i miejsce do spania. Korzystaj jak ze swojego”… wziąłem klucz w rękę i pomyślałem: „to miasto ma duszę”.
Korzystaliśmy ze wszystkiego oprócz spania i gotowania. Z zasady nie zdradzamy naszego apartamentu 🙂 raniutko nasza pomocna dusza pojawiła się w obecności młodego studenta, dobrze władającego angielskim, który zadeklarował każdą pomoc i chęć zostania naszym przewodnikiem po mieście (jak się poźniej okazało nasz opiekun czatował kilka godzin na głównej ulicy aż upolował studenta, z którego uczynił naszego przewodnika).
Mała uliczka szybko nas zaakceptowała, mieszkańcy dawali poczucie bezpieczeństwa i nienachalnie dokarmiali 🙂
Znajomość z przewodnikiem oprócz oczywistego zwiedzania zaowocowała realizacją Marioli marzenia – o oklejeniu kampera 🙂 i odwiedzinach w malutkiej, trzyosobowej manufakturze trudniącej się ręcznym robieniem dywanów 🙂

W tym mieście przedłużyliśmy wizę i po raz trzeci spotkaliśmy się z Jeffem i Nadine (od tandema).
Tradycyjnie umówiliśmy się na kolację.
Wszystko zajęło nam 5 dni 🙂 oczywiście zdjęliśmy rowerki i każdego dnia, kilka godzin kluczyliśmy po wąskich labiryntach uliczek, i co już wydawało nam się, że orientujemy się w tych zwiłościach przypadkowo odkrywaliśmy nowe miejsca, tym samym wprawdzając bałagan na powstającej w głowie mapie.
Inna architektura, wyjątkowy klimat panujący w tych labiryntach uliczek, kultowe wietrzownice – słowem – ciekawe miejsce – dobry czas.
W dzień naszego odjazdu nas zopiekun był smutny. Jako człowiek zrzuciłem to na zmianę pogody. Zanosiło się na przelotny deszcz, który później spotkał nas na pustyni. Zatankowałem wodę, oddałem klucz, uścisnąłem go serdecznie o odjechałem. Dzwonił później do nas dwukrotnie na irański numer – on mówił swoje , ja swoje – ale przekaz był jasny … .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: