W Istanbule, od którego generalnie zaczynamy naszą podróż spędzamy 4 dni. Tłumy i ruch uliczny porażają. Ogrom turystów z całego świata, a główne turystyczne cele wprost zalane są masą ludzką. Przez pałac sułtana (Dolmabahce), który zwiedzaliśmy, przechodzi dziennie ok. 3000 zwiedzających ( a wybraliśmy mniej popularny). W blue mosque było podobnie. I nic nie można było tam poczuć. Wszystko pozakłócane. Natomiast ogólnie łącząc spstrzeżenia i obserwacje z każdego dnia, daje to obraz dawnej potęgi, architektury i kultury władców. Ale nie idzie tylko o to co było. Dzisiaj, poruszanie się np. po Istanbule wymaga delikatnie mówiąc wzmożonej uwagi. Chociaż trzeba przyznać, że drogi w całej Turcji są dobre, szeroko i często wielopasmowe. Ale też kierowców jest bardzo dużo i jeżdż dość agresywnie. Biorąc pod uwagę, że parkowanie bezpośrednio przy punktach turystycznych graniczy z cudem, zaraz w pierwszy dzień przyjęliśmy mój sprawdzony system: Mariola za pomocą nawigacji doprowadza mnie możliwie najbliżej do celu, potem odjeżdżamy i w rozsądnej odległości szukamy zacienionego, spokojnego miejsca. Zdejmujemy rowery i spokojnie dojeżdżamy do celu oglądając miasto z innej perspektywy. Ogólnie rowery są cały czas niezastąpione. Pieszo tyle nie przejdziesz i nie w takim tempie. Pomagają również w poszukiwaniu ciekawych miejsc kulinarnych.
W sumie po Turcji robimy ok. 4000 km. objeżdżając sporą część tego kraju i zaliczając to, co powinno się w Turcji zobaczyć. Dla mnie jednak to nie turystyczne cele są najważniejsze. Na pewno warto część z nich zoabczyć, no i wyznaczają też automatycznie trasę do przejazdu, jednak ja napawałem się przyjemnością bycia. Po prostu bardzo dobrze i swobodnie się tam czułem. Czekałem na wjazd do Turcji i ciekawiło mnie co tam zastanę. Już na granicy same budynki celne wyglądały inaczej od tych, które zazwyczaj się widziało. Następnie celnik, a dokładnie kierownik zmiany, który odpuścił mi alkohol i dodatkowe paliwo. Wszystko pomału zaczęło odbudowywać pewność siebie. Każdego dnia nowi ludzie, ich otwartość i taka normlaność. Nikt nas nie przeganiał, nie pędził z pretensjami, że źle zaparkowałem ani też, że źle wjechałem. Skoro jadę pod prąd, to pewnie mam ku temu powód. Tymi małymi kroczkami zrzucamy z siebie traumę kamperowania na dziko w Chorwacji.

Tutaj w końcu nie łapiemy się na sprawdzaniu znaków zakazujących stania. Spotykamy się z ogromną sympatią i życzliwością (ta swoboda była już widoczna w krajach wcześniejszych, ale dopiero teraz nam to mija).
Pewnie, że dziwnie się patrzy na gościa jadącego skuterem z drabiną w poprzek, i to na drodze szybkiego ruchu… żeby tego było mało skuter jest krzywy, jakby skręcony. Albo kombajn pędzący autostradą, sztaplarka czy ciągnik rolniczy z przyczepą jadący pod prąd, stragany z owocami na poboczu autostrady.. Mi to nie przeszkadza. Za to ciekawi, czasem śmieszy a na pewno przypomina, że u nas też tak było na chwilę przed podjhętym wyborem: lepiej mieć niż być..
W Istanbule zwiedziliśmy jeszcze stary bazar, zbytkowy hipodrom i zanużyliśmy się w codzienne życie tego miasta smakując to, co dziś oferuje to miasto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: